niedziela, 15 kwietnia 2018

STARUSZKA I LEŚNA KAPLICZKA


STARUSZKA I LEŚNA KAPLICZKA

          Nareszcie wiosna. Świat budzi się do życia tryskając zielenią, cudownymi kolorami kwiecia, radosnym nawoływaniem naszych skrzydlatych przyjaciół.
          Któregoś dnia obudziłem się o świcie. Zacząłem mimowolnie obserwować uwijające się ptactwo, wyglądając z okna swojej ponurej nory, hałaśliwego betonowego blokowiska. Oto rząd kasztanowców na skrawku zieleni, jaki gminni łapówkarze zapomnieli zamienić na parking. Mimo ekstremalnych warunków, jakie stworzył tu człowiek dla wszelkich form życia za wyjątkiem szczurów, robactwa i wirusów chorobotwórczych, to dostrzegłem potęgę przyrody. – Jakże wszystko chce żyć! Zdawałoby się trwale zadeptane trawy kiełkują i śmiało pną do góry. Drzewa oddychające smrodem spalin, pijące niezwykle zasoloną wodę z zatrutej ponad wszelkie wyobrażenie gleby, znowu zielenią listeczkami. No i te ptaki. Wścibskie, wesołe, ruchliwe – jakże obojętne wobec nieustannego rumoru ulicy i wszelkich zagrożeń wielkiego miasta, będącego nierozerwalnym elementem cywilizacji śmierci.
          Dość długo obserwowałem parę niezwykle sympatycznych kosów biegających pod oknem. Słońce w tym czasie z ogromnej czerwonej kuli zamieniło się w ognistą, promienną, ogrzewającą wszystko energię. Jako boskie narzędzie dające i podtrzymujące życie, obdarzyło mnie zdawałoby się niczym nieuzasadnioną nadzieją. I nagle poczułem nostalgię za lasem, za polami i łąkami, za przestrzenią i niebem błękitnym – za tym, co boskie. Bo wielkie aglomeracje zawierają elementy duszy szatana. Natura zaś jest zwierciadłem Boga. I też wszystko co naturalne jest boskie.
          Szybko zrobiłem kanapki. Gotowane jajko, chleb z serem, termos z herbatą. Nawet nie wiem, kiedy znalazłem się w kolejce elektrycznej i gnałem w kierunku Skierniewic. Wysiadłem za Żyrardowem i hajda prosto w knieje.
          Od razu serce zaczęło bić radośniej. – Jakże piękny jest las! Jakże tu wspaniałe powietrze i zieleń i boska muzyka z dźwięków natury. Jakże tu doskonale wypoczywa skołatany umysł bombardowany w mieście złymi wiadomościami, terrorem ekonomicznym, powszechnym chamstwem i agresją ludzi, którzy zapomnieli o naukach Chrystusa.
          Teraz szedłem sobie leśnymi duktami, ścieżynami wśród dywanów drobnego, białego leśnego kwiecia, zasłuchany w cudowny koncert ptactwa, owadów, rechotu żab i lekkiego szumu dopiero co wykształtowanych liści, lśniących teraz świeżą zielenią w promieniach słońca.
          Lecz nawet tu, kiedy wychodziłem na pustą przestrzeń między połaciami lasu i mijałem wyludnione, zamordowane przez liberalne rządy wioski, powracało przygnębienie. Wieś Smolarnia. Tu jeszcze niedawno tętniło życie. Pełno zwierząt i ptactwa domowego, radosnych dzieciaków, gromadka ludzi wokół sklepu. Teraz cisza. Okna sklepu i okolicznych domostw pozabijane deskami. Może trzy domy zamieszkałe, reszta zabudowań idzie w ruinę. W innych wioskach podobnie. Coraz więcej ugorów. I tylko gdzieś terkoce jeden rozklekotany traktor, na którym siedzi siwy, przygarbiony staruszek, który jak prawdziwy kapitan nie chce opuścić tonącego okrętu.
          Wreszcie zmęczony usiadłem na skraju lasu, gdzie leżało kilka ściętych i okorowanych świerków, aby się posilić i odpocząć. W pobliżu, na skrzyżowaniu leśnego duktu z polną drogą, na skraju zagajnika, stoi nieduża, skromna kapliczka.
          Kiedy kończyłem jedzenie, do kapliczki podeszła staruszka w zniszczonej, połatanej spódnicy zakrywającej trzewiki pamiętające Gierka. I choć było ciepło, babina okutana w dziurawy sweterek i wiekowy serdaczek.
          - Jaka ona biedna – pomyślałem.
          Babunia żwawo wzięła się do roboty. Zamieniła zazieleniony słoik ze zwiędniętymi kwiatami na czysty, wypełniony wspaniałym bukietem. Szybko posprzątała wokół kapliczki, a po skończonej robocie usiadła na pniaku i zaczęła pojadać suchą bułkę. – Jaka ona biedna – pomyślałem znowu ze współczuciem. Ale w tym momencie słońce przestało prażyć. Odruchowo spojrzałem na niebo, które pociemniało i dał się słyszeć grzmot. Zbliżała się pierwsza burza. Ponieważ byłem kilka kilometrów od stacji, a w pobliżu znajdowała się opuszczona stodoła, postanowiłem zostać i dalej obserwować babcię.
          Tymczasem staruszka dokończyła już jeść swoją bułkę, bacznie popatrzyła w niebo, uklękła i spokojnie zaczęła odmawiać różaniec. Czarna chmura zbliżała się coraz bardziej, wzmógł się wiatr, a ona spokojnie modliła się wpatrzona w figurkę Matki Boskiej, jakby nic się nie działo. W pewnym momencie, kiedy spadło na mnie kilkanaście ogromnych kropel deszczu, a z odległości 2 – 3 kilometrów widać było mglistą ścianę ulewy, miałem zamiar wiać do stodoły. Coś mnie jednak powstrzymało. – To był spokój tej starej kobiety. I nagle uprzytomniłem sobie, że ona się modli. A czemu ja tego nie robię? Ba, widząc kapliczkę, zapomniałem się nawet przeżegnać. Zrobiło mi się wstyd i natychmiast zacząłem naprawiać afront wobec Najświętszej Panienki.
          Po kilkunastu minutach wiadomo już było, że burza przeszła bokiem. Wyjrzało słońce, a na granatowej części nieba ukazała się cudowna, kolorowa tęcza. – Jakiż to był wspaniały prezent od Stwórcy!
          Wtedy staruszka wstała, odwróciła się i nasz wzrok się spotkał. – Szczęść Boże – wyjąkałem.
          - Bóg zapłać – odpowiedziała kobiecina i pomarszczona buzia rozpromieniała szczerbatym, ale jakże szczerym uśmiechem. – Wiedziałam, że ta burza tutaj nie dojdzie – odpowiedziała na zadane tylko w myślach pytanie i z wolna podreptała w kierunku wsi, na wprost rozpostartej przepięknej tęczy. A ja, kiedy odprowadziłem staruszkę wzrokiem i podziwiałem ją i niebiańskie zjawisko, przyszła odkrywcza myśl:
          - Jaka ta babina jest bogata! – Dopiero wobec cudu natury doznałem olśnienia.
         
       Cezary Piotr Tarkowski

ZACHOROWAŁ NASZ KOT PROT


  ZACHOROWAŁ NASZ KOT PROT

Prot się budzi kiedyś z rana,
a tu chrypa niesłychana.
I ma dreszcze, straszną drżączkę
i wysoką ma gorączkę.
Stopni chyba ze czterdzieści,
jeszcze w krzyżu ma boleści.
I wśród zwierząt to się zdarza-
trzeba leków i lekarza.
Zatem wylazł Prot z łóżeczka
i się powlókł do miasteczka.

Wlecze Prot się do lecznicy,
spotkał szczury na ulicy.
- Cześć kocurze, cześć cymbale!
- Oj, w nim życia nie ma wcale…
Zadziwione stoją szczury,
że Prot nie chce awantury.

Wódz tych szczurów tak powiada:
-Dziś nie w głowie kotu zwada
i do bójki nie jest skory-
rudy kot jest chyba chory!

Przybył zatem do lecznicy,
gdzie zwierzątek trudno zliczyć.
Są tu koty i króliki,
cztery pieski, dwa chomiki.
Chłopiec przyszedł tu z kanarkiem,
a pan przyniósł papug parkę.
Prot więc stanął za dziewczynką,
która przyszła z morską świnką.

W poczekalni do lekarza,
awantura się nie zdarza.
Pies za kotem nie pogoni,
nie chce widzieć kot gryzoni.

Nikt nie fuka, nikt nie szczeka,
każdy na swą kolej czeka.
Każdy zwierzak wylękniony-
zawieszenie trwa tu broni.

Prot jest grzeczny niesłychanie,
grzecznie zdjął też swe ubranie.
Bada go dziś zawsze boska,
pani doktor Rożniatowska.

Pani doktor, w mieście znana,
jest przez Prota uwielbiana
i jedyna z niej istota,
która może głaskać Prota.

-Masz receptę mój koteczku
i leż tydzień w swym łóżeczku.
Pobiegł Prot więc do apteki,
by wykupić swoje leki.

Samotnikiem Prot jest znanym,
więc się patrzy w cztery ściany.
Smutek wielki jest w chorobie,
gdy nie czuwa nikt przy tobie.
Ni zwierzaka, ni człowieka,
nikt nie poda miski mleka.

Smutne życie w samotności,
bez przyjaźni i miłości.
Więc się staraj o przyjaźnie,
to w chorobie będzie raźniej!

Cezary Piotr Tarkowski

sobota, 7 kwietnia 2018

PREZYDENT I PREZYDENTKA m. st. WARSZAWY


PREZYDENT  I  PREZYDENTKA
m. st. WARSZAWY

       Według chazarskiej propagandy, a właściwie odgórnie lansowanej i wmuszanej w Polaków lucyferycznej „prawdy”, najwspanialszymi przyjaciółmi Narodu Polskiego, są żydzi. Natomiast według tej samej plugawej propagandy, największymi wrogami wielkiego Narodu Słowiańskiego jakim jesteśmy, są inni Wielcy Słowianie – Rosjanie. Spójrzmy nie na zawsze kłamliwe żydowskie brednie, tylko na fakty.
         Kiedy zapytać przeciętnego „warszawiaka”, kto był najwybitniejszym, najlepszym prezydentem Warszawy, to rozdziawi gębę i może wymieni jakiegoś rokowego wyjca, bo wiedzieć nie będzie. Trafiając z takim pytaniem na Chazara, to ten bez zająknięcia odpowie, że Hajka Gronkowiec-Walc. Prawdziwy warszawiak starej daty powie, że najwspanialszym prezydentem był Stefan Starzyński.
          Fakt, że Starzyński był Wielkim Polakiem i Prezydentem. Ale zasłynął głównie z tego, że nie nawiał we wrześniu jak cała banda piłsudczyków, ale podjął się obrony stolicy przed Niemcami. Nie przed jakimiś tam nazistami, tylko przed niemieckimi zbrodniarzami. Wcześniej był dobrym gospodarzem miasta, ale moim osobistym zdaniem, obrona Warszawy powinna być przerwana dużo wcześniej, ponieważ ta walka bez szans powodzenia nie miała sensu. Zdradził nas Zachód (jak zawsze bez wyjątku) i po 17 września nie było już żadnej nadziei. Był odpowiedzialny za ogromne i nie potrzebne straty wśród ludności cywilnej. Zawsze giną najwybitniejsi Polacy. Och, jak oni przydaliby się dzisiaj!
          Pragnę uświadomić, że najwspanialszym prezydentem Warszawy był wróg - Rosjanin, Sokrates Starynkiewicz. Kiedy przejął on funkcję prezydenta, Warszawa była organizmem bardziej wiejskim, niż miejskim. Ciemne nocą ulice, gdzie łatwo było zarobić cegłówką w czaszkę, drogi na których grzęzły furmanki i powozy, a ludzie brnąc w błocie po kolana gubili ciżemki. Do tego błoto wymieszane było z ekskrementami wylewanymi z nocników wprost na ulicę, czasem wprost na żydowską jarmułkę. Dlatego każdy parszywy chałaciarz idąc po zmroku ulicą darł pysk na cały regulator: "Idze sze! Idze sze!!! Bród i smród. Dziś jest tylko bród moralny wprowadzany przez dzicz chazarską, przez ten gnój śmierdzący na całą galaktykę unoszący się z różnych budynków gdzie siedzą żydowscy kryminaliści sprawujący władzę nad Polakami w imieniu swych izraelskich mocodawców. Dlatego, obecnie każdy Chazar zostający prezydentem Warszawy, urzędowanie rozpoczyna od otoczenia się wokół innymi żydami i totalnej grabieży miasta, oraz jego polskich mieszkańców. Nie Chazarów, bo ci są stale uwłaszczani naszym kosztem.
           Sokrates Starynkiewicz, jako Słowianin i rosyjski szlachcic, miał ogromne poczucie obowiązku i potrzebę wykazania się dobrem i sumiennością podczas pełnienia obowiązków. Streszczając, w ciągu 17 lat pełnienia urzędu od 1875 do 1892 r. z Warszawy, prowincjonalnego miasta Europy, zrobił wspaniałą metropolię, nazywaną już za jego prezydentury Paryżem Północy.
          Starynkiewicz zaczął od budowy kanalizacji i wodociągów. Była to tak ogromna inwestycja, jak obecnie wybudowanie kilkunastu elektrowni jądrowych. Pragnę dodać, że licząc się z ogromnymi kosztami, Sokrates Starynkiewicz, każdy swój projekt poddawał pod dyskusję publiczną, a więc w sposób jak najbardziej demokratyczny, dziś w chazarskiej „demokracji” absolutnie nie praktykowany. Robił to przy pomocy prasy, polskiej prasy. Żydzi nie mieli jeszcze monopolu na media. Prawie nie było żydowskich kamienic, co jest faktem historycznym. Dziś się okazuje w bandyckich, zażydzonych  sądach, że wszystkie kamienice były żydowskie. Polacy nie mieli nic.
          Oprócz kanalizacji i wodociągów, które znakomicie Warszawie służą do dziś, Sokrates Starynkiewicz utwardził ulice i wybudował wiele innych, zupełnie nowych, nadając nowy kształt urbanistyczny stolicy, oświetlił miasto przy pomocy latarni gazowych i wybudował gazownię, która dziś niszczeje nie dlatego że jest nikomu nie potrzebna. Ten wspaniały zabytek, zresztą nie tylko ten, niszczeje, by Polacy o Starynkiewiczu zapomnieli. Bo dziś każdy rządzący złodziej, lub złodziejka kradnie nie tylko dla siebie. Teraz to są całe bandyckie szajki, prawnie umocowane klany  okradające  Warszawę i inne miasta Polski. Skala tego złodziejstwa jest niewyobrażalna i nie liczy się już w miliardach. To są biliony rocznie.
         Sokrates Starynkiewicz był prekursorem komunikacji miejskiej w Warszawie. Zaczął od tramwajów konnych. Wkrótce, na tych szynach zaczęły jeździć wozy elektryczne. Trudno wymienić wszystkie zasługi Starynkiewicza, ale trzeba wiedzieć, że stworzył on doskonałe warunki do rozwoju handlu i rzemiosła. Za jego prezydentury w Warszawie powstało kilkanaście zakładów przemysłowych.
          Powstaje pytanie: skąd na to wszystko pieniądze? Odpowiedź jest prosta. Wystarczyło nie kraść, a dawać! Oczywiście były podatki i opłaty, ale nie tak bandyckie jak obecnie. Ta żydowska szmata rozpoczynając "urzędowanie" w Warszawie, rozpoczęła od podniesienie o kilkaset, lub kilka tysięcy procent opłat za wieczyste użytkowanie gruntu. Ale podczas rosyjskiego zaboru Warszawą rządzili uczciwi ludzie, Polacy. Starynkiewicz był tylko urzędnikiem koordynującym całość.
         Sokrates Starynkiewicz, Rosjanin, więc  wróg straszliwy, stale pomagał biednym warszawiakom. Z własnej kieszeni utrzymywał kilka rodzin. Od początku swej prezydentury, Starynkiewicz należał do Warszawskiego Towarzystwa Dobroczynności i przez kilka lat przewodniczył jego Wydziałowi Tanich Kuchni. Nie rozpisując się specjalnie, Starynkiewicz na pomoc charytatywną sprzedał osiem majątków ziemskich odziedziczonych po ojcu. Dziś dla grabieżców Warszawy i warszawiaków brzmi to jak dobry dowcip. Bo nie po to bydlę się rwie do koryta, by coś dać. Dziś trzeba kraść i rabować! No, ale Rosjanin, to też głupi goj!
         Niewiele osób wie, dlaczego do czasów niemal współczesnych była ogromna różnica kulturowa między Warszawą lewobrzeżną a Pragą. Między ludźmi z Wołomina, Marek, Zielonki, Ząbek i innych miejscowości położonych za warszawską Pragą, a mieszkańcami np. Błonia, Sochaczewa, Grójca. Piaseczna itd. leżących po lewej stronie Wisły. Jeszcze do niedawna, na Pradze i w wymienionych miasteczkach po prawej stronie Wisły, łatwo było zarobić w głowę, zostać okradzionym itp., a po lewej stronie Wisły ludność jest grzeczna, uprzejma, taka jak w innych częściach Polski. Otóż za swoich rządów Starynkiewicz, na mocy specjalnego rozporządzenia eksmitował wszystkich podejrzanych typów na Pragę i do okolicznych miasteczek, gdzie budował im baraki. Dlatego lewobrzeżna część stolicy, była niemal pozbawiona elementu kryminogennego, w przeciwieństwie do prawobrzeżnej Warszawy. A więc Starynkiewicz budował pierwsze mieszkania socjalne. A ile takich mieszkań buduje prezydentka? No cóż, mieszkania socjalne, to koszty. Lepiej więc pieniądze ładować w remont kamienic, by przekazać te budynki swoim parchom, rzekomym spadkobiercom.
         Szczerze mówiąc, czytając o panu Starynkiewiczu, czerpiąc wiedzę na temat naszego rosyjskiego śmiertelnego wroga z wielu źródeł, to trzeba stwierdzić, że nie do końca był on taki w porządku. Otóż przekręcił własną córkę zabierając jej kilkanaście tysięcy rubli w złocie i przekazał do Kasy Miejskiej na kupno dragi, czy jakby dzisiaj powiedzieć pogłębiarki, która ułatwiała pobór wody z Wisły do stacji filtrów.
        To skubaniec, mało rodzinny chyba. Dziś byle wójt na posag córki kradnie kilkanaście milionów. A współcześni prezydenci? Miasto jest otoczone kilkunastoma tysiącami przepysznych rezydencji w których nikt nie mieszka. Po co drażnić Polaków? Jak już okradną nas ze wszystkiego, to chazarskie ryje się tam ukażą. Choć nie koniecznie, bo zbliża się kres chazarskich rządów na świecie. Diabelstwo bowiem, nie ma szans konfrontacji z Panem Bogiem. Nie ich bogiem lucyferem, ale Jezusem Chrystusem, Królem Polski.
        Pisząc ten tekst, opierałem się głównie na książce pt. „Warszawa i jej prezydenci” autorstwa p. Elżbiety Paziewskiej. Kilkunastu Czytelnikom wysłałem tę pięknie wydaną książkę, choć z autorką nie ze wszystkim się zgadzam. Za dużo niskich ukłonów, dygnięć i dupolizania żydom. Ale ogólnie, jest to praca bardzo dobra, a książka pięknie wydana. Gratuluję autorce, pięknego języka i ogromu pracy włożonej w dzieło. Gratuluję też wiedzy i umiejętności dyplomatycznych. Bo ze mnie dyplomata jak z koziej dupy trąba. Przede wszystkim pisząc o prezydentach od razu wywaliłbym prawdziwe nazwisko i bydlęce pochodzenie. Co i ile ukradł, bo to są lucyferianie. No ale pani Elżbieta ujęła też ostatnią prezydentkę, Hajkę Grundbaum. No i cóż tam pani Ela o niej napisała? Prawie nic, raptem w książce liczącej ponad 250 str. jedną stronę. - Ludzie, bo co można o tym żydowskim pomiotle napisać pozytywnego?
         No cóż, jej rodacy mogą, bo zrobiła dla nich wiele, a zrobi jeszcze więcej. Za jej prezydentury, wszystkie kamienice w Warszawie okazały się żydowskie. Inna sprawa, że tych „spadkobierców” nikt w Warszawie nie widział, ani oni nigdy Warszawy nie widzieli. Ale to sprawa inna. Złodziej siedzi w Ameryce i liczy zrabowaną Polakom kasę. Poza tym, tego się nie mówi, ale Warszawa jest bankrutem. Hajka na remonty kamienic dla żydów i pensyjki dla swojej urzędniczej, syjonistycznej bandy nabrała tyle miliardów kredytów, że sam Rockefeller zaczął się martwić, czy wystarczy mu jego złodziejskiej kasy. Co jak co, ale urzędasów w kombinacie Grundbaum nie można się doliczyć. Podobnie jak w Chinach trudno jest podać dokładną liczbę pogłowia pierdzistołków, ponieważ każdego dnia ich przybywa. Ostatnia liczba jaką pamiętam, to 6,5 tysiąca. Ale to było 3 czy 4 lata temu. Od tamtego czasu budynki zajmowane przez tzw. ratusz, to już spore miasto powiatowe.  A co robią ci urzędasy? Otóż jako jednostka nadrzędna, oni koordynują pracę podrzędnych Urzędów Dzielnicowych i różnych fili Urzędu Stołecznego porozrzucanych po całej Warszawie. Tak że Hajka ma kim zarządzać. Ta armia urzędasów, stanowi obecnie największy zakład „pracy” w Polsce. Kombinat większy niż niegdyś Huta Katowice. Tylko że Huta Katowice produkowała stal i dzięki tej produkcji Polska się bogaciła. Urzędasy produkują tony nikomu nie potrzebnych papierów i stanowią element pasożytniczy na żywej tkance warszawiaków.
        No dobrze, ale czego dokonała Hajka dla warszawiaków, oprócz wywłaszczania Polaków ze wszystkiego? No, Hajka jako katoliczka wyznania talmudycznego, wybudowała warszawiakom 2 meczety. Wywala tysiące Polaków na bruk z kamienic, bo te kamienice polskie już nie są. W Warszawie nie ma już prawie polskich gruntów! W zamian za to mieliśmy kilka parad dla zboczeńców, tęczę dla pederastów, świetlistą menorę na całym Pałacu Kultury i stałą, niczym nie pohamowaną grabież. W końcu obrzezany małżonek ma odpowiednią „firmę” i wszystko jest zgodnie z prawem talmudycznym. Rządy Hajki Grundbaum nieuchronnie prowadzą miasto do bankructwa. Wszędzie widać świadome marnotrawstwo, wyrzucanie pieniędzy w błoto. Szkoda gadać, szkoda tylko nerwów, bo nic się nie zmieni dopóki ona będzie satrapą Warszawy. I co najgorsze, nie ma na tę burdelmamę żadnego sposobu by ją wysadzić z siodła. Dlaczego? Ano dlatego, że kiedy Śmieszna Komisja narzuciła na nią grzywnę, to ona wsadziła obrzezaną dupę w samolot i poleciała na skargę do Tel-Awiwu, czyli do władz, które są najwyższą władzą burdelu pod nazwą "Polin" - jak nazywają naszą Ojczyznę różni zdrajcy i chazarskie bydło. W samej Polsce nie ma nad tą złodziejską ścierą żadnej władzy, a jak władzy, to i kary. Warszawę może okradać każdy szubrawiec oczywiście odpowiedniego pochodzenia.
                                                                                                                      
        Jak praktyka wykazuje, zdecydowanie jest lepszy rosyjski śmiertelny wróg, niż żydowski „przyjaciel”. Obecnie mamy do czynienia z żydowską okupacją Warszawy niczym nie różniącą sią od okupacji Palestyny. Lepsze były zabory, niż żydowska "wolność" i "demokracja". Boże, chroń cara! Sokratesie Starynkiewiczu wróć! Błagamy, zrobimy wszystko, ale wróć!!!

Dyżurny Psychiatra Kraju,
Cezary Piotr Tarkowski