niedziela, 24 września 2017

CUD



CUD
 
          W niedzielę o 22.20 z przystanku obok Dworca Centralnego w Warszawie, do autobusu nr 517 wsiadła grupa młodych ludzi. Piwo w łapskach, w prymitywnych gębach kloaka. Wygolone łby, osadzone na byczych karkach, wrośnięte w górę mięcha. Głośno, coraz głośniej kontynuowali konwersację rzadko przeplataną wyrazami spoza słownika wulgaryzmów. Chamstwo jest przecież głośne.
          W zatłoczonych autobusach linii 517 terror chamstwa stanowi codzienność, do której przyzwoici ludzie muszą się przyzwyczaić. Terroryzowanie pasażerów zalicza się do współczesnej obyczajowości i stanowi niską szkodliwość społeczną. Jako przejaw „folkloru” nie jest podstawą do interwencji policji. Dlatego niczym nie zagrożone szumowiny czują się swobodnie.
          W naszym autobusie coraz intensywniejsza eskalacja chamstwa spowodowała, że po kilku minutach w przodzie pojazdu zapanował niebywały ścisk, a tył stał się znacznie luźniejszy. Cham posiada taką konstrukcję psychiczną, która nakazuje mu niszczyć wszystko, co nie jest jego własnością. A więc na początek, jeden z ogolonych łbów usiłował wybić szybę. Szkło w nowych autobusach jest widocznie bardzo mocne, bo mimo ogromnego zapału i włożonej energii szyba została cała.
          „Brak zaspokojenia gwałtownej potrzeby przynosi frustrację, która wywołuje stres. Frustracja charakteryzuje się podnieceniem psychoruchowym, nadmiernym napięciem emocjonalnym i wzrostem poziomu lęku. Reakcją na frustrację jest agresja.”  Takiej oto formułki używają nasi wybitni prawnicy, by wykazać, że chama nie należy karać. Trzeba mu współczuć.
          Skoro szyba stawiła zdecydowany opór, to teraz tępe, przepite ślepia zaczęły poszukiwać obiektu, aby zgodnie z definicją „frustrat” mógł wyładować swoją agresję.
          Ofiara w takim przypadku musi być zdecydowanie słabsza, aby nie narazić się na następną frustrację. Dlatego prymityw zadał pytanie starszemu wiekiem pasażerowi:
          - Co się k… gapisz?
          Obiekt zaczepki skulił się i odwrócił wzrok. To jednak rozochociło tylko grupkę twardzieli. Teraz wszyscy zaczęli ubliżać wylęknionemu człowiekowi. Współpasażerowie w milczeniu patrzyli w okna.
          Rozparte na siedzeniu chamisko, żłopnęło duży łyk piwa i zwróciło się do kumpla:
          - Zobacz k… jaka znieczulica! Ha, ha, ha!
          Teraz rechotali już w czterech czy pięciu.
          Pasażer chciał wstać z miejsca i wydostać się z potrzasku, ale mu nie pozwolili. Zaczęli go szarpać i poszturchiwać. Zapowiadała się niezła zabawa…
          I nagle stał się cud. Ze środka autobusu energicznie ruszyło trzech młodych, wysportowanych mężczyzn. Nie dyskutowali. Od ich silnych razów, celnie wymierzonych pięściami, chamskie łby odbijały się jak piłki. Akurat autobus zatrzymał się na przystanku.
          Kiedy otworzyły się drzwi, można było zauważyć jak ci, którzy jeszcze kilkanaście sekund wcześniej czuli się całkowicie bezkarni, wyfrunęli z autobusu gubiąc puszki z piwem. Za nimi wyskoczyli interweniujący, by pokazać, że całkowite liczenie na znieczulicę może okazać się założeniem błędnym. „Na szczęście” nie było w pobliżu policji. Bicie chama jest przecież czynem szkodliwym społecznie i stanowi przestępstwo.
          Autobus ruszył. Pasażerowie zajęli opuszczone miejsca. Zrobiło się jakby luźniej. Na wszystkich twarzach pojawił się uśmiech, a w oczach wesołe iskierki. Było tak aż do samego Ursusa. Prawdziwy cud.

          Dyżurny Psychiatra Kraju
             Cezary Piotr Tarkowski

LIS NIKITA



LIS NIKITA
 
Lis Nikita, znany w borze,
mieszkał sobie w lisiej norze.
Norę tę dostał po dziadku,
zostawioną niegdyś w spadku.

Tu urządził swą sypialnię
i salonik i jadalnię.
Ma łazienkę też z prysznicem;
kuchnię zrobił znakomicie.

Kuchnia ważna dla Nikity,
bo zeń kucharz znakomity.
On nie żyje tutaj marnie –
zawsze pełną ma spiżarnię.

Czasem późnym już wieczorem
rusza do wsi z wielkim worem.
Robi podkop do kurnika
i z kurami z wioski znika.

Te wyprawy do kurnika
niosą z sobą moc ryzyka.
Więc Nikita, choć rozsądny,
często bywa też przesądny.

Lis w salonie ma portrety
nieżyjących już, niestety,
czterech wielkich swoich przodków.
Pierwszy został wśród opłotków
przez psów sforę zagryziony.
Drugi poległ zastrzelony.
Trzeci we wsi też padł trupem,
gdy nawiewał ze swym łupem.

Taka dola kurokrada,
kiedy z workiem się on skrada.
Ale czwarty dziad Nikity,
był guślarzem znakomitym.
Sędziwego dożył wieku
za przyczyną amuletu.

Teraz młody lis Nikita
zabobonów też się chwyta.
Ceni sobie amulety,
lecz ważniejsze są portrety.
Kiedy siądzie w saloniku –
ten włamywacz do kurników,
a z portretów słychać łkanie,
znak, że złego coś się stanie.

Wtedy nie jest wcale skory,
by wychodzić z lisiej nory…
Teraz jednak ci przodkowie
mają uśmiech, co się zowie.
Znak, że lis tu dziś, bezsprzecznie,
wróci z łupem i bezpiecznie.

Czas wyruszyć  z workiem z lasu.
Na czekanie szkoda czasu!
Może trafi się indyczka,
może gąska, lub perliczka.

Ma w złodziejstwie wielką wprawę,
kiedy rusza na „dzierżawę”.
To jest to, co w lisiej gwarze –
posiadają gospodarze.
Tu koperek, tam fasolka –
wszystko trafia wnet do worka.
Lis jadłospis  ma obszerny,
bo jest zwykle wszystkożerny.
Oczywiście jest smakoszem –
preferuje więc kokosze!

Gdy nie zamknie ktoś piwnicy,
niech ze stratą też się liczy.
Lis jest sprytny niesłychanie,
w mig odkrywa zaniedbanie.
Co z półeczek ściągnąć może,
wnet się znajdzie w jego worze:
A więc soczek malinowy,
dla Nikity bardzo zdrowy;
w słojach mięsko peklowane –
będzie zimą pyszne danie.

Tu śmietanka, tam osełka
przepysznego wręcz masełka.
Jeszcze dżemik i jajeczka –
wszystko trafia do woreczka.

Jest słoninka i kiełbaska,
aż Nikita zaczął mlaskać;
bo kiełbaska jest z czosneczkiem,
uwędzona wczoraj w beczce.
Jest boczuszek, uwędzony,
i szyneczka, balerony.

Wszystko pyszne, wszystko zdrowe,
bardzo dobre – bo krajowe!
Wrócił lisek do swej jamy,
ciężkim łupem przedźwigany.
Do spiżarni włożył wszystko,
później posłał legowisko.

Ma pierzynkę i poduchy –
to prawdziwe gęsie puchy.
Gdyby ktoś się tutaj pytał,
nie jest głupi ten Nikita.
Bo też nigdzie w norce jego,
nie uświadczysz nic sztucznego.

Zasnął lisek bardzo smacznie,
bo niebawem świtać zacznie.
Spałby długo nieboraczek,
lecz do drzwi mu ktoś kołacze.

Biegnie lisek do wizjera
i z radością drzwi otwiera,
bo choć wczesna to godzina,
już przybyła doń rodzina.

Dziś Nikity imieniny –
stąd się wzięły odwiedziny.
Same ciotki i stryjowie,
i kuzynów całe mrowie.
Pełna lisów lisia nora,
bo rodzinka całkiem spora.

Ciotka z wujem Izydorem
przyszli tu z telewizorem.
Były inne też podarki,
więc Nikita do spiżarki
i do kuchni biega kłusem.
Zaraz nakrył stół obrusem,
i na stole lądowały
zagrabione wiktuały:
więc kiełbaska, balerony
i boczuszek uwędzony.

W całej teraz lisiej jamie
wnet rozległo się mlaskanie.
Już się w kuchni piecze gąska –
ależ będzie to przekąska!
Lis dokłada na półmisy –
ciągle głodne są te lisy…
Lis gdy głodny – żabę zjada,
a tu taka jest Kanada!
Wszak gościnność spotkać może,
każdy zwierzak w polskim borze!

Teraz gąska, żurawina,
a do tego lampka wina.
Biega ciągle lis Nikita,
aż powiewa jego kita.

Pyszne polskie są indyki,
zrobił lis z nich kotleciki.
To kotlety jak schabowe,
lecz od schabu bardziej zdrowe.

Ależ tu jest zajadanie!
Ci przodkowie, co na ścianie,
widząc taką moc kotletów
pragną wyjść ze swych portretów.

Obraz miewa mocne ramy,
więc wysiłki idą na nic.
Wisi przodek na portrecie,
aż ślinka mu z pyska ciecze;
więc pragnieniem przodka liska
jest by ściągnąć coś z półmiska.

Nasz gospodarz się ugania,
już na stole nowe dania.
A ja dodam w międzyczasie:
był też chlebek na zakwasie.

Smaczny chlebek, ten rumiany,
zjadły lisy z okruszkami.
- Taki chleb je rzadko kto.
Jest on pyszny, że ho, ho!

Ciągłe słychać tu zachwyty
skierowane do Nikity.
- Wszystko pyszne,
wszystko swojskie,
bo to jadło nasze – polskie!

Lisy się najadły wreszcie,
ale będzie deser jeszcze.
- Pyszne ciasto więc drożdżowe,
no i lody bakaliowe.

Wuj Izydor, jedząc lody,
opowiadał swe przygody:
- Tam, gdzie mieszkam, pewnie wiecie,
cztery fermy są w powiecie,
a w nich klatki z kurczakami –
można liczyć tysiącami!
Ktoś pomyśli może dzisiaj,
że to szczęście jest dla lisa.

Kto tak myśli – ten jest w błędzie,
bo jest źle, a gorzej będzie!
Raz włamałem się do fermy,
lecz łup miałem wręcz mizerny
i uszedłem ledwo z życiem,
bo mnie nakrył sam właściciel.
Strzelał z flinty po zdradziecku,
wrzeszcząc na mnie po niemiecku.

Kiedy indziej, w innej fermie,
napchałem  wór pazernie.
Kur wyniosłem worek cały,
ale mi nie smakowały.
Źle się czułem, bo jak gdybym
jadł  miast kur – cuchnące ryby!

Teraz wiecie, myślę sobie,
że nie zdrowe z fermy drobie.
Coraz rzadziej mi się zdarza
jadać kury gospodarza.
Więc nie widzę innej rady –
wyprowadzam się w Bieszczady!

Nie czekając ani chwili,
wtrącił teraz stryj Bazyli:
- Ciężkie czasy są dla lisa –
coraz bardziej pusta misa.
Chociaż kur są w fermach krocie,
grozi lisom bezrobocie!

Siedzą lisy, zajadają,
no i wszystkie narzekają.
- Racja nasz Bazyli, racja.
Czeka wszystkich emigracja!
Tak biadolą siedząc w kole,
jak przy każdym polskim stole…

Narzekano do wieczora,
aż nadeszła wyjścia pora.
Kończąc ucztę wyśmienitą,
pożegnano się z Nikitą.

Został lisek sam w swej norze
i nadziwić się nie może,
jaką świetną ma rodzinę.
- Z tą rodziną ja nie zginę –
szepce sobie tu przejęty,
oglądając swe prezenty.
Oto buty szybkobiegi –
odrzutowe to pepegi.

Będąc w buty te obuty,
wróci z wioski w dwie minuty.
Gwiżdżąc sobie na psią sforę,
w lot osiągnie lisią norę.

Dostał również urządzenie,
co ułatwi mu patrzenie
nawet podczas nocy czarnej,
kiedy każdy widzi marnie.
To nie żadne czary - mary,
lecz specjalne okulary.
Noktowizor to wojskowy –
wynalazek epokowy!

Łatwiej będzie mu wieczorem,
kury kraść z noktowizorem.
Ale, co tam noktowizor.
Najważniejszy - telewizor!

Teraz rudy nasz Nikita
za pilota dziarsko chwyta;
szuka filmu o przyrodzie,
lecz te filmy nie są w modzie.
A nadają wciąż reklamy,
przerywane serialami.

Dzień za dniem trwa oglądanie,
ciągle program po programie.
Stale, wieczór po wieczorze,
lis ma nos w telewizorze.

Wszystko wyjadł ze spiżarni
i resztkami już się karmi.
Telewizja jak zaraza!
Każdy przodek na obrazach
aż ze złości zielenieje,
że Nikita im głupieje.

Lecz Nikita reklamami
wielce jest oczarowany.
Telefony komórkowe,
różne leki, ponoć zdrowe.
Wszystko piękne na reklamie,
gdyż reklama nic nie kłamie.

Gdy nieboszczyk lek zażyje,
na ekranie wnet ożyje!
Dalej: piwo, kosmetyki,
coca – cola z Ameryki,
w puszkach mięso, w puszkach ryba –
reklamują wszystko chyba.

Pełna reklam lisia głowa,
więc plecaczek swój spakował,
by też jeszcze tego lata –
do wielkiego trafić świata.

Nie pomogły nic przestrogi,
gdy opuszczał nory progi.
Słyszał więc na pożegnanie,
ciche przodków swoich łkanie.

- Milczeć proszę, tam w portretach,
wszak kieruje mną podnieta!
Na przestrogi jest za wcześnie,
ja żyć muszę nowocześnie!
Piękna jest cywilizacja.
Ja chcę do niej! Moja racja!

A do siebie warknął z cicha:
- Jam bezpieczny jest do licha,
bo amulet mam po dziadku,
który strzeże od wypadków…

Wnet z rodzinnej okolicy,
trafił lisek do stolicy.
Wydawało się Nikicie,
że miał będzie lepsze życie.
A tu tylko wielkie domy,
czarny asfalt i betony.
Wszędzie hałas, samochody
i się spalin kłębią smrody.
Te mieszczuchy się nie znają –
za ułudą ciągle gnają.
Człowiek myśli, że tkwi w niebie,
a ofiarą jest dla siebie…

Lis przemykał się nocami,
bo strach biegać ulicami.
On się boi samochodów,
a i w brzuchu burczy z głodu.
Zjadł już wszystkie swe zapasy –
i kurczaka i kiełbasy.

Choć jest z lisa łakomczuszek –
pusty plecak, pusty brzuszek.
Nie był przestróg przodków pomny –
został lisem więc bezdomnym.
Nie pomogła mu, niestety,
głupia wiara w amulety!
Tu przestroga dla was taka:
Marny umysł jest młodziaka,
bo gdy starszych młódź nie słucha,
niech burczenia słucha brzucha!

Chodzi lisek po podwórkach,
przy śmietniku spotkał szczurka.
- Nie widziałeś tutaj czego
do zjedzenia, mój kolego?

- Dla mnie – szczura wielka gradka
grzebać w śmieciach i odpadkach,
ale nie wiem – ciągnął wątek –
czy coś strawi twój żołądek.
Lecz podobasz bardzo mi się,
zagubiony w mieście lisie.

Widzę, żeś jest w wielkiej biedzie.
Pomyślimy o obiedzie.
Tyś włamywacz do kurników,
nic ci zatem do śmietników.
Pozostały nam, niestety,
nowoczesne więc markety.

Są to sklepy gigantyczne,
wszystko tam jest zagraniczne.
Z rzadka można w nich, kolego,
znaleźć czasem coś polskiego.
Wiem gdzie można się tam schować,
nocną porą pobuszować.

Nie czekając ani chwili,
do marketu popędzili.
Poprzez różne tu zaułki
I podwórka, jakieś murki,
wnet stanęli przed tym sklepem,
który zwą supermarketem.

Choć ochroniarz trzyma wartę,
często drzwi są tu otwarte.
Jakieś pudła tam taskają.
Szczurek z liskiem nie czekają,
wnet do środka się dostali,
po czym skrzętnie się schowali.

Gdy nad miastem noc zapadła,
obaj wyszli szukać jadła.
Będąc między regałami,
lis zaświecił aż ślepiami.
- Oto jakby raju brama!
Ale towar! Jak w reklamach!
Lis z zachwytem bystro zerka
na puszeczki i pudełka.

Tu inaczej niż w kurniku –
kaczki, gąski są w plastiku.
Nawet chleb jest foliowany!
Lecz ten chleb się zdaje na nic,
a to właśnie z tej przyczyny,
że się kruszy jak trociny.
Piekarz dodał – nie inaczej –
zagraniczne pogarszacze!

Nawet porcje, te z królików
zaklejone są w plastiku.
Już Nikita chce zajadać,
ale szczurek zaczął gadać:
- To jedzenie plastikowe
nie jest dobre ani zdrowe.
Ja, po krótkim go jedzeniu,
mam trzy krosty na siedzeniu…

Holenderską widać szynkę,
dalej duńską wieprzowinkę.
Tu hiszpańskie stoją dżemy,
a tu szwedzkie leżą kremy,
tam niemieckie znów słodycze.
A skąd mięso jest indycze?

Lis już chciałby konsumować
i wszystkiego popróbować.

- Zostaw lisie te indyki!
Przyszły one z Ameryki.
To jedzenie zagraniczne
„majstrowane” genetycznie!
Wuj zjadł kiedyś geny żmii
- do żywności je włożyli.
Żywność się „modyfikuje”,
więc wujaszek… jadem pluje.

A stryj najadł się pszenicy
i jak świnia teraz kwiczy,
bo tam były geny wieprza –
tak tę żywność się ulepsza…

Zobacz teraz mój Nikito,
tu masz żywność wyśmienitą.
Tu kiełbaska jest krakowska;
w smaku ona niemal boska!
Stoi dżemik tu z Łowicza –
wszystkich smakiem on zachwyca.
Jest wędlinka też z Łukowa,
zagraniczna niech się schowa!

Oto miodzik, nasz - z Lublina,
boski nektar przypomina.
Tam oscypek jest z Podhala,
tu się nie ma co użalać.
Jedz, Nikito, więc do syta.
Polska żywność – znakomita!

Wnet najadły się zwierzaki
i napchały swe plecaki
tym jedzeniem wyśmienitym.
Szczurek mówi do Nikity:
- Teraz to się nam udało,
najedliśmy się niemało;
ale tu jest wręcz, bezsprzecznie,
czasem bardzo niebezpiecznie.

Lis mu na to odpowiedział:
- Chętnie dłużej bym tu siedział,
lecz Warszawa mi nie służy,
więc nie mogę zostać dłużej.
Niech się tutaj co chce, dzieje.
Jutro wracam w leśne knieje!

Tęsknię ja za swoją jamą
i za wioską ukochaną.
Wracam, gdzie powietrze czyste
i jeziorko przezroczyste.

Tam, gdzie świerszczyk gra na smykach
i gdzie widać trud rolnika.
Gdzie radośnie szumią drzewa
i ptaszyna tęsknie śpiewa.
Tam, gdzie zapach ornej ziemi
i perłami rosa mieni;
gdzie po burzy cudną tęczą
niebo spięte jak obręczą.

Już nie mogę w mieście dłużej…
Za zielonym tęsknię wzgórzem,
gdzie krzyż zmaga się z wiatrami
zwycięskimi ramionami.
Gdzie tak pachną zżęte żyta –
tam ma ziemia rodowita…

Szczur pokiwał na to głową,
pobiegł z lisem na Bemowo.
Stąd jest szosa wylotowa
do leśnego Zaborowa.
Dalej jedna, druga wioska
i już Puszcza Kampinoska.

- Żegnaj szczurku przyjacielu!
Lis przyjaciół nie ma wielu.
Ty pomogłeś w wielkiej biedzie,
więc się na mnie nie zawiedziesz.
Na przyjaźni tej początek,
przyjedź do mnie w ten zapiątek.
Idź na zachód po tej szosie,
aż się znajdziesz w Kampinosie.
Później w lewo, na Zamczysko,
gdzie jest lisie uroczysko.
Wnet się znajdziesz w mojej norze,
bo ta nora znana w borze.

Lis był w lesie przed wieczorem.
Wpierw przewietrzył swoją norę.
Teraz, bardzo wychudzony,
pod pierzynką śpi zmęczony.

Rano zaś przed portretami
stanął lis z przeprosinami.
Postanowił całkowicie
zmienić odtąd swoje życie.
Będzie starszych zawsze słuchał
i na zimne teraz dmuchał.
A przodkowie już od rana,
widzą, jaka jest przemiana
w ukochanym ich Nikicie.
Wreszcie zmądrzał całkowicie.
Widzą wnuczka w swych zaletach
i się cieszą na portretach.

Lis utrwalił się w poglądach
i już reklam nie ogląda.
Zamiast tego – bajki czyta,
to lektura znakomita!
Po poglądów swoich zmianie,
dziś ogląda na ekranie
dobranockę doskonałą,
by się w puchach lepiej spało.

Ma Nikita powiedzenie:
- Najważniejsze niekrzywdzenie.
Kochać wszystkich i szanować,
by samemu się radować.

Je sałatki i kluseczki,
i chrupiące też bułeczki.
Śpią spokojnie więc kokosze,
bo Nikita jest jaroszem.
Trudno może w to uwierzyć,
lecz się kłania, jak należy
czcigodnemu kogutowi,
by dać wyraz szacunkowi.

A gdy zbliża się niedziela,
w progach wita przyjaciela.
Z warszawskiego wprost podwórka –
często gości teraz szczurka.

Muszę liska teraz cenić,
bo nie każdy chce się zmienić.
Gratuluję więc Nikicie,
że odmienił swoje życie.

Ktoś, kto w błędzie tkwi na stałe,
bardzo głupim jest bęcwałem.
Lecz gdy błąd swój ktoś zrozumie,
może żyć spokojnie w dumie!

Cezary Piotr Tarkowski